Monthly Archives: Lipiec 2015

Blog

MOTODENTO 2015

29 lipca 2015

„Bieszczady jak co roku
otula mgła poranna o świcie.
Z ogniska strzela jeszcze płomień,
na nowo w las wstępuje w życie.”

Piotr Frankowicz

Jak co roku, wybraliśmy się na wyprawę motocyklową, która tym razem nabrała zadziornego, off-roadowego charakteru. Sześciu mężczyzn (do zespołu lekarzy dołączyli nasi panowie marketingowcy), trzy jednoślady i niezawodne wozy terenowe w starciu z błotem, wodą i przenikającym chłodem, a wszystko to wśród pięknych, bieszczadzkich lasów. Działo się!
400km – tyle musieliśmy pokonać, by dotrzeć do Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej w Czarnej. Kierowcy jednośladów pierwsi przekroczyli metę. Na maruderów wlokących się w terenowym Land Roverze trzeba było poczekać. W tym czasie z pomocą przesympatycznych gospodarzy Przystani nasi motocykliści rozpalili ognisko i przygotowali ciepłe posiłki. Gdy zespół był już w komplecie, po bieszczadzkich połoninach długo niósł się śmiech i echo męskich głosów. Było co opowiadać! W końcu jednak znużył nas sen. W komnacie ulokowanej tuż nad naszymi ubłoconymi maszynami, na drewnianej podłodze, zasunięci w ciepłych śpiworach regenerowaliśmy siły przed porannym wyjazdem.
Skoro świt ruszyliśmy dalej. Otuleni lekką mgłą, ponownie wkroczyliśmy na ścieżki bieszczadzkich bezdroży, które oferują to, co fascynaci jazdy terenowej lubią najbardziej: błoto, błoto i jeszcze raz błoto! To doskonały poligon do prawdziwej próby charakteru, szlifowania pracy zespołowej, tak potrzebnej w naszej codziennej pracy w Klinice. Strudzeni, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych do Karczmy Młyn, kolejnego punktu naszej wyprawy, gdzie mieliśmy okazję spróbować przepysznej, prostej łemkowskiej kuchni. Pan Janusz, gospodarz tego miejsca zaprosił nas na wycieczkę po nieczynnym już przedwojennym młynie, barwnie opowiadając o jego burzliwej historii.
Po południu wróciliśmy do lasu, by przeprawić się przez kolejne błota. Natura zaserwowała dodatkowe utrudnienie w postaci siekącego deszczu. Walczyliśmy dzielnie i z pasją, aż sygnał do odwrotu dały nam stada jeleni, które wyszły na okoliczne polany. To znak, że wieczór już bliski. Wróciliśmy do Bieszczadzkiej Przystani, gdzie w płomieniach ogniska przygotowaliśmy pożywny kociołek – nic nie smakuje tak dobrze po dniu pełnym wrażeń!
Wróciwszy do naszych ciepłych domów dochodzimy do wniosku, że w życiu chyba najbardziej cieszą najprostsze rzeczy: samodzielnie zrobiony posiłek, suchy śpiwór i samochód wyciągnięty z błota, dzięki pomocy kolegów.